Życie na fali
Styl
- 30.05.2011
Zespół Myslovitz śpiewa, że „Życie to surfing”. Surferzy uważają odwrotnie: surfing to życie. Surfing to dla nich nie tylko sport czy dobra zabawa. To także styl i sposób życia (objawiający się zresztą używaniem specyficznego slangu, strojem, a nawet słuchaniem muzyki zwanej surf rockiem).
Jazda na desce na morskiej, a najlepiej oceanicznej, fali ma długą tradycję. Uprawiali ją przed wiekami mieszkańcy Nowej Zelandii i Tahiti, a w 1778 roku surfowanie tubylców z Hawajów opisał sam James Cook! Rozkwit surfingu zaczął się na początku XX wieku, choć początki nie były łatwe – pierwsze deski ważyły nawet kilkadziesiąt kilogramów i manewrowanie nimi było nie lada kłopotem… Na szczęście uważany za ojca nowoczesnego surfingu Thomas Edward Blake znalazł kilka bardzo starych desek mieszkańców Hawajów i na ich podstawie udało mu się stworzyć lekkie i poręczne repliki. Początkowo nowy sport podbił serca Amerykanów – pierwsza nowoczesna deska trafiła do Europy dopiero w 1957 roku. Podobnie jak za oceanem, surfing stał się przebojem.
Do uprawiania surfingu konieczne są oczywiście odpowiednie fale, więc nie wszędzie można sobie poszaleć na desce. Nasze morze sporadycznie oferuje miłośnikom surfowania tak ulubione przez nich tuby, choć i takie przypadki od czasu do czasu się zdarzają (w Polsce działa oczywiście Polskie Stowarzyszenie Surfingu i są rozgrywane mistrzostwa krajowe). Żeby jednak naprawdę posurfować, trzeba się wybrać za granicę. Europejską stolicą surfingu jest francuskie Biarritz, sport ten można uprawiać między innymi także w Portugalii (chociażby okolice Sagres czy Ericeiry), w Grecji (wyspa Karpathos, Golden Beach na Tasos), w Hiszpanii czy w Wielkiej Brytanii (tam warunki wietrzne są często znakomite, ale woda lodowata…). Wszyscy jednak przyznają, że europejskie ostoje surferów nie oferują takich atrakcji jak te najbardziej znane, czyli Bells Beach w Australii, Arugam Bay na Sri Lance, Jeffreys Bay w RPA, kalifornijskie Mavericks i Ocean Beach, Pipeline na Hawajach czy Teahupo’o na Tahiti…
Niektórym nie wystarcza sama deska. Doczepiają do niej pędnik żaglowy (czyli maszt, bom i żagiel) i już mogą uprawiać windsurfing w jego przeróżnych odmianach. Jeszcze bardziej ekstrawagancki jest kitesurfing: surfer jest na specjalnej uprzęży podpięty do tak zwanego latawca (coś między lotnią a latawcem właśnie). Na desce do kitesurfingu jeździ się nieco inaczej niż na tej używanej w windsurfingu – mianowicie na krawędzi fali, czyli podobnie jak na snowboardzie. Warunki do uprawiania tej ostatniej dyscypliny są niemal wszędzie, gdzie jest spory akwen wodny i wieją wiatry: bardzo dobrą opinię mają na przykład alpejskie jeziora w Tyrolu, Jezioro Bodeńskie i Jezioro Como, a także… wybrzeże Bałtyku (w Polsce na przykład Zatoka Pucka). Można więc przygodę z deską na fali rozpocząć także u nas!
Jan Matul
Jazda na desce na morskiej, a najlepiej oceanicznej, fali ma długą tradycję. Uprawiali ją przed wiekami mieszkańcy Nowej Zelandii i Tahiti, a w 1778 roku surfowanie tubylców z Hawajów opisał sam James Cook! Rozkwit surfingu zaczął się na początku XX wieku, choć początki nie były łatwe – pierwsze deski ważyły nawet kilkadziesiąt kilogramów i manewrowanie nimi było nie lada kłopotem… Na szczęście uważany za ojca nowoczesnego surfingu Thomas Edward Blake znalazł kilka bardzo starych desek mieszkańców Hawajów i na ich podstawie udało mu się stworzyć lekkie i poręczne repliki. Początkowo nowy sport podbił serca Amerykanów – pierwsza nowoczesna deska trafiła do Europy dopiero w 1957 roku. Podobnie jak za oceanem, surfing stał się przebojem.
Do uprawiania surfingu konieczne są oczywiście odpowiednie fale, więc nie wszędzie można sobie poszaleć na desce. Nasze morze sporadycznie oferuje miłośnikom surfowania tak ulubione przez nich tuby, choć i takie przypadki od czasu do czasu się zdarzają (w Polsce działa oczywiście Polskie Stowarzyszenie Surfingu i są rozgrywane mistrzostwa krajowe). Żeby jednak naprawdę posurfować, trzeba się wybrać za granicę. Europejską stolicą surfingu jest francuskie Biarritz, sport ten można uprawiać między innymi także w Portugalii (chociażby okolice Sagres czy Ericeiry), w Grecji (wyspa Karpathos, Golden Beach na Tasos), w Hiszpanii czy w Wielkiej Brytanii (tam warunki wietrzne są często znakomite, ale woda lodowata…). Wszyscy jednak przyznają, że europejskie ostoje surferów nie oferują takich atrakcji jak te najbardziej znane, czyli Bells Beach w Australii, Arugam Bay na Sri Lance, Jeffreys Bay w RPA, kalifornijskie Mavericks i Ocean Beach, Pipeline na Hawajach czy Teahupo’o na Tahiti…
Niektórym nie wystarcza sama deska. Doczepiają do niej pędnik żaglowy (czyli maszt, bom i żagiel) i już mogą uprawiać windsurfing w jego przeróżnych odmianach. Jeszcze bardziej ekstrawagancki jest kitesurfing: surfer jest na specjalnej uprzęży podpięty do tak zwanego latawca (coś między lotnią a latawcem właśnie). Na desce do kitesurfingu jeździ się nieco inaczej niż na tej używanej w windsurfingu – mianowicie na krawędzi fali, czyli podobnie jak na snowboardzie. Warunki do uprawiania tej ostatniej dyscypliny są niemal wszędzie, gdzie jest spory akwen wodny i wieją wiatry: bardzo dobrą opinię mają na przykład alpejskie jeziora w Tyrolu, Jezioro Bodeńskie i Jezioro Como, a także… wybrzeże Bałtyku (w Polsce na przykład Zatoka Pucka). Można więc przygodę z deską na fali rozpocząć także u nas!
Jan Matul
