»
Class&Club
Class&Club

Blog - refleksje, kontrowersje, opinie

 
rok
miesiąc
sortuj »
szukaj »

Blog

Blog Class&Club, czyli nasz subiektywny punkt widzenia - wyznania, obserwacje i refleksje na tematy lifestylowe i kulturalne.

Walentynki, czyli kocham komercję

Blog
02.02.2011
Dziś zimny i ponury luty kojarzy się już prawie wszystkim z najgorętszym świętem w roku – świętem zakochanych, czyli walentynkami. O ile krzywym okiem patrzę na rosnącą modę na obchodzenie chociażby Halloween, kiedy to wzorem amerykańskich rówieśników polskie maluchy w maskach wyruszają – póki co głównie w miastach – na ulice, by zrobić komuś psikusa lub dostać łakocie, to walentynki zyskały moje pełne poparcie. To znaczy zyskała je ich idea – to wszak wspaniałe, że można komuś podesłać kartkę z miłym wierszykiem czy kupić mu drobny prezent. Takich okazji nigdy dosyć! Poparcia nie zyskuje natomiast stosunek do tego święta handlowców i twórców reklam, a nawet artystów z Hollywood (wszyscy oni są zresztą w jakiś sposób powiązani). Ale o tym za chwilę.

O przypadające na 14 lutego walentynki (św. Walenty uważany jest właśnie za patrona zakochanych) spór wiodą różne nacje – Włosi uważają, że to pochodna Luperkaliów, rzymskiego święta przypadającego na ten sam okres, a poświęconego między innymi opiekunce małżeństwa Junonie, Brytyjczycy dają głowę, że święto jest ich, gdyż rozsławił je Walter Scott (według tradycji tego dnia na Wyspach ptaki łączą się w pary), a Amerykanie szczycą się, że to przecież oni zaczęli na nim zarabiać i w wersji zamerykanizowanej pokochał je cały świat… Do Polski walentynki przywędrowały po części z Francji, a po części właśnie z krajów anglosaskich na początku lat 90. XX wieku i praktycznie wymiotły z pamięci ogółu rodzimą Noc Kupały (czyli Sobótkę, stare słowiańskie święto zakochanych przypadające w czerwcu).

Dziś o Kupale nikt nie pamięta, za to o walentynkach już w styczniu zaczynają przypominać wszelakie sklepowe wystawy, udekorowane czerwonymi serduszkami, karteczkami w kolorze różowo-czerwonym i dziwacznymi nieraz maskotkami (podczas wczesnostyczniowej wizyty w jednym z supermarketów spostrzegłem, że już się pojawiły, automatycznie zastępując Mikołaje i aniołki – to już zdecydowana przesada!). I tu doszliśmy do drugiego punktu.

Otóż zauważyłem, że zaczęto nam wszystko, co komercyjnie związane z obchodzeniem walentynek (czytaj: z kupieniem czegokolwiek) wciskać na siłę, wręcz wymuszać na nas wizytę w sklepach. Jak w filmie o znaczącym tytule „Walentynki”, z którego jasno wynika: jeśli tego dnia nikomu nic nie poślesz/nie kupisz, bo jesteś sam, to znaczy, żeś nieudacznik i życiowa niedorajda. Biegnij do sklepu i kupuj! Cokolwiek (najlepiej coś drogiego)!

Patrząc na nachalną reklamę i słuchając dobiegających zewsząd podszeptów sprzedawców czasem przestaję się dziwić rosnącej popularności International Quirkyalone Day (przypada również 14 lutego), w którym single z wyboru obchodzą… antywalentynki.