Woda zdrowia (nie) doda
Blog
15.04.2011
Święta kojarzą się – a przynajmniej powinny – z radością i zabawą. Puszczamy nawet w niepamięć to, że tuż przed nimi trzeba gruntownie posprzątać dom, a podczas nich siedzieć obok wujka czy ciotki, za którymi nie przepadamy. Jeden ze świątecznych dni budzi jednak od pewnego czasu emocje, a nawet obawy. Zwłaszcza, gdy jest zimno, co w naszym klimacie w owym czasie zdarza się często. Mowa o Lanym Poniedziałku i związanym z nim śmigusem-dyngusem.
Od kilkunastu lat w ten dzień główne miejsce w wiadomościach poświęcone jest chuliganom, którzy z wiadrami w rękach oblewają kogo się da, nie zważając na wiek, płeć i protesty polewanych. Na swe ofiary czatują przed kościołami, na ulicach miast, ba – zrzucają balony z wodą z dachów i wiaduktów (na samochody, choć te zazwyczaj mało przypominają panny na wydaniu), a nawet… wdzierają się do mieszkań. Co roku donosi się o aresztowaniach kilku krewkich polewaczy (zdarzało się, że kierujący trafieni wodną bombą powodowali wypadek), co roku sprawy kierowane są do sądu – za nadgorliwość w polewaniu grozi niemały mandat, w szczególnym przypadku nawet rok więzienia. I co roku mamy to samo: ludzie, zwłaszcza starsi, przemykają chyłkiem ulicami lub zostają w domach…
Sytuacja w porównaniu z dawnym obchodzeniem tego święta zupełnie się odwróciła: kiedyś świętowano je głównie na wsi (dziś polewanie wygląda tam najbardziej tradycyjnie i zazwyczaj jest umiarkowane, typowo zabawowe; i wszyscy, łącznie z kandydatkami do polania, czekają na ten dzień z utęsknieniem), a w miastach dochodziło do sporadycznych przypadków użycia wiadra czy konewki (zabraniali tej tradycji stróże prawa, ponadto mieszkający w wielkim skupisku ludzie nie znali się zazwyczaj zbyt dobrze i mieli opory przed oblewaniem obcych). Dziś w mieście, a już szczególnie na osiedlach, oporów nikt nie ma, a z policji, której tego dnia na patrolach pojawia się więcej niż zwykle, grupki z wiaderkami niewiele sobie robią. A to zabija niestety piękną, starą tradycję.
Śmigus-dyngus to bowiem święto słowiańskie: polanie i smaganie witkami wierzby symbolizowało wiosenne oczyszczenie z chorób i brudu (z chwilą pojawienia się chrześcijaństwa zaczęło też symbolizować oczyszczenie z grzechu). A w zasadzie były to do pewnego czasu nawet dwa różne święta: śmigus to owo smaganie i polewanie, a dyngus (od niemieckiego dingen) oznaczał możliwość wykupu od ponownego polania. Zwyczaj ów jak widać przeszedł dziwną drogę: najpierw praktykowali go radośni poganie, a teraz rozwydrzeni, wściekli na cały świat nowi barbarzyńcy, dla których to tylko kolejna okazja do rozróby…
Od kilkunastu lat w ten dzień główne miejsce w wiadomościach poświęcone jest chuliganom, którzy z wiadrami w rękach oblewają kogo się da, nie zważając na wiek, płeć i protesty polewanych. Na swe ofiary czatują przed kościołami, na ulicach miast, ba – zrzucają balony z wodą z dachów i wiaduktów (na samochody, choć te zazwyczaj mało przypominają panny na wydaniu), a nawet… wdzierają się do mieszkań. Co roku donosi się o aresztowaniach kilku krewkich polewaczy (zdarzało się, że kierujący trafieni wodną bombą powodowali wypadek), co roku sprawy kierowane są do sądu – za nadgorliwość w polewaniu grozi niemały mandat, w szczególnym przypadku nawet rok więzienia. I co roku mamy to samo: ludzie, zwłaszcza starsi, przemykają chyłkiem ulicami lub zostają w domach…
Sytuacja w porównaniu z dawnym obchodzeniem tego święta zupełnie się odwróciła: kiedyś świętowano je głównie na wsi (dziś polewanie wygląda tam najbardziej tradycyjnie i zazwyczaj jest umiarkowane, typowo zabawowe; i wszyscy, łącznie z kandydatkami do polania, czekają na ten dzień z utęsknieniem), a w miastach dochodziło do sporadycznych przypadków użycia wiadra czy konewki (zabraniali tej tradycji stróże prawa, ponadto mieszkający w wielkim skupisku ludzie nie znali się zazwyczaj zbyt dobrze i mieli opory przed oblewaniem obcych). Dziś w mieście, a już szczególnie na osiedlach, oporów nikt nie ma, a z policji, której tego dnia na patrolach pojawia się więcej niż zwykle, grupki z wiaderkami niewiele sobie robią. A to zabija niestety piękną, starą tradycję.
Śmigus-dyngus to bowiem święto słowiańskie: polanie i smaganie witkami wierzby symbolizowało wiosenne oczyszczenie z chorób i brudu (z chwilą pojawienia się chrześcijaństwa zaczęło też symbolizować oczyszczenie z grzechu). A w zasadzie były to do pewnego czasu nawet dwa różne święta: śmigus to owo smaganie i polewanie, a dyngus (od niemieckiego dingen) oznaczał możliwość wykupu od ponownego polania. Zwyczaj ów jak widać przeszedł dziwną drogę: najpierw praktykowali go radośni poganie, a teraz rozwydrzeni, wściekli na cały świat nowi barbarzyńcy, dla których to tylko kolejna okazja do rozróby…
